Ewa Dąbkowska

W sztuce poruszam tematy, które są często pomijane w środowisku queerowym, a osoby zmagające się z nimi czują się osamotnione, nie mówią o nich.

W czerwcu 2024 roku ukończyłam malarstwo na warszawskim ASP i od tego czasu próbuję odnaleźć się w środowisku artystycznym. Choć od czterech lat działałam w kolektywie, współorganizowałam wystawy i tworzyłam, wyjście spod klosza uczelni mocno mną wstrząsnęło. Przez kilka miesięcy walczyłam z depresją, próbowałam ułożyć sobie życie, chcąc postawić na sztukę. Twórczość stała się bardziej koniecznością niż przyjemnością, cierpiały na tym moja psychika i kreatywność. 

Byłam bliska porzucenia świata artystycznego i powrotu do rodzinnego miasta, jednak chcę dać sobie czas i szansę, skoro tak mi na tym zależało. Przed ASP studiowałam astronomię, jednak podczas studiów pogodziłam się z moją orientacją i postanowiłam działać dla osób, które bały się siebie tak jak ja wcześniej – dlatego zaczęłam tworzyć. 

Zgłaszam się do programu, by odnaleźć priorytety, uspokoić oddech, tworzyć mając wsparcie mentorskie i finansowe. Obecnie pracuję nad cyklem poświęconym żałobie po „utracie” heteroseksualności, który jest dla mnie wymagający czasowo i psychicznie. Pragnę nagłaśniać tematy nieoczywiste, ukryte, których poruszenie może nieść wsparcie i zrozumienie. Chcę, aby odbiorcy mojej sztuki mogli odczuć ulgę dzięki doświadczeniu wspólnoty. 

Temat tej edycji zahacza według mnie o zmagania młodych osób artystycznych z odnalezieniem się w światku artystycznym, przebiciem szklanego sufitu. Odporność środowiska sztuki nie może być osiągnięta bez poczucia stabilności i bezpieczeństwa samych osób artystycznych. 

W sztuce poruszam tematy, które są często pomijane w środowisku queerowym, a osoby zmagające się z nimi czują się osamotnione, nie mówią o nich. 

O tym, jak istotne jest poruszanie tych wyciszonych tematów, przekonałam się, gdy podczas wystawy dyplomowej o relacji osób queerowych z wiarą, wiele osób podchodziło do mnie, mówiąc, że czuły się wyobcowane, i dziękując mi za doświadczenie wspólnoty. 

Widząc, że takie działanie ma realny wpływ na ludzi, chcę nadal poruszać niedotykane, niszowe tematy. Obecnie zajmuje mnie żałoba, którą przeżywają osoby queerowe w związku z „utratą” heteroseksualności. Jest to jeden z cichych aspektów ich doświadczenia, dla niektórych będący wręcz powodem do wstydu i poczucia winy. Podczas programu chciałabym dalej nad nim pracować, dowiedzieć się, w jaki sposób rozmawiać, by dotrzeć do kolejnych osób, których dotyka ten problem, poznać różne perspektywy, o których będę mogła opowiedzieć. 

W 2024 roku latem prowadziłam queerowe spotkania dziewiarskie, planowałam wznowić je jesienią, ale nie mogłam znaleźć miejsca, funduszy, walczyłam z depresją. Odłożyłam ten temat na później. Chciałabym dowiedzieć się więcej o prowadzeniu spotkań, rozmów, działaniu na rzecz społeczności. Nauczyć się, jak najlepiej tworzyć otwartą przestrzeń, zapewniać poczucie bezpieczeństwa i wsparcia. Wspólne dzierganie pomaga w otwarciu się i tworzeniu więzi, szczególnie z korzyścią dla osób nieśmiałych i nieneurotypowych. 

Jednocześnie – co równie dla mnie ważne – jak w tym wszystkim zachować balans i zdrowie psychiczne, by nie wypalić się od ogromnej ilości smutku i problemów, którymi się zajmuję. Potrzebowałabym w tym wsparcia, merytorycznego i być może psychologicznego. 


Jestem dziewiarką, malarką, współzałożycielką Grupy Splendor, członkinią Doliny Niesamowitości. W 2024 roku ukończyłam z wyróżnieniem Wydział Malarstwa ASP w Warszawie. 

W swojej twórczości zgłębiam doświadczenia osób LGBTQIA+, takie jak relacja z wiarą czy wychowanie w heteronormatywnym społeczeństwie. Posługując się równocześnie symboliką chrześcijańską i queerową, buduję inkluzywny język znaczeń, a wraz z nim przestrzeń do rozmowy i współodczuwania. Chcę dotykać problemów nieakcentowanych w środowisku, by osoby zmagające się z nimi nie czuły się osamotnione. Maluję temperą jajową, myśląc o sakralności obrazów i osób. Jednocześnie dziergam ubrania oraz makatki. Metodyczne odtwarzanie projektów w dzianinie ma dla mnie właściwości medytacyjne. Tworząc obrazy z dziesiątek cienkich nici, badam terapeutyczny wpływ dziewiarstwa na psychikę. Robię na drutach w celu autoregulacji i propaguję wiedzę o właściwościach terapeutycznych dziergania. 

Moje prace były prezentowane na licznych wystawach zbiorowych w całej Polsce, a także podczas wystaw indywidualnych i współorganizowanych z kolektywami. Zostałam finalistką m.in. 11. Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko” (2024) oraz 12. Międzynarodowego Biennale Artystycznej Tkaniny Lnianej – Debiuty (2024). W tym samym roku wzięłam udział w międzypokoleniowym artystycznym plenerze Biały Szum organizowanym przez Bałtycką Galerię Sztuki Współczesnej. Moje makatki wybrano do 23. Przeglądu Sztuki SURVIVAL 3s/8h (2025). 


 

Podsumowanie rezydencji

Od rozpoczęcia rezydencji WOK do dziś przeszłam daleką drogę. Gdy patrzę na comiesięczne zapiski, widzę rozwój artystyczny i psychologiczny, którego na co dzień nie zauważałam.

Czuję ogromną wdzięczność i dumę.

Gdy zaczęłam, byłam w depresji związanej z brakiem wystaw, odrzuceniami i wątpliwościami co do sensu decyzji o byciu artystką. Bez konkretnych planów wystawienniczych dziergałam cykl makatek, które dawały mi satysfakcję, ale wywoływały też smutek z powodu podejmowanego tematu. 

Gotowa byłam to rzucić i wrócić na stałe do rodzinnego miasta.

Przyjęcie na rezydencję sprawiło, że zdecydowałam się zostać jeszcze trochę – przypomniałam sobie, jak bardzo zależało mi na sztuce. Chwilę później dostałam się na kilka wystaw i konkursów, każde powodzenie niezwykle mnie cieszyło. Zaczęłam twórczość nazywać pracą, co przychodziło mi z trudem, bo czułam, że w moim wydaniu brzmi to niepoważnie – przecież tylko sobie dziergam. A od tego momentu musiałam dziergać coraz więcej i szybciej.

Niebawem przyszło przepracowanie. Kończenie tkanin na nakładające się terminy skutkowało bólami dłoni i deformacją palców. Szukając odpoczynku, wracałam nad jezioro, by spokojnie spędzić czas z rodziną – jednak tam też nie umiałam się zrelaksować, ciągle dziergałam i przygotowywałam projekt doktoratu. Traciłam siły, nie umiałam znaleźć balansu między pracą a odpoczynkiem. Kocham robić na drutach, zawsze mnie to uspokajało, ale tym razem było zbyt intensywnie. Siłę do dalszego tworzenia i wiarę w siebie zyskiwałam, wystawiając makatki – słyszałam wtedy od ludzi słowa uznania, dostawałam wiadomości o wzruszeniu i byciu dostrzeżonymi.

Przez te miesiące odbyłam ważne rozmowy z osobami artystycznymi, otrzymałam niesamowite wsparcie i zyskałam poczucie wspólnoty. Wierzę w nasze pokolenie, stawiające na kolektywność zamiast rywalizacji. Nie dostałam się do szkoły doktorskiej, ale nie rezygnuję, za rok będę próbować raz jeszcze. W zamian rozpoczęłam studia na Akademii Pedagogiki Specjalnej – chcę zdobyć wiedzę arteterapeutyczną, co pozwoli mi zrealizować mój cel wspierania poprzez sztukę.

Listopad rozpoczął się wystawą z moim kolektywem – ostatnią z zaplanowanych na ten rok. Wyszła pięknie, jestem z nas ogromnie dumna. W czasie wernisażu i następnego ranka czułam niebywałą radość. Bo dałam radę, przeszłam przez ten wyczerpujący czas, nie poddałam się. Bo mogę działać spokojniej. Ciało i głowa odetchnęły.

Dzięki rezydencji w stu procentach skupiłam się na twórczości i własnym rozwoju bez zmartwień finansowych. Mimo przepracowania upewniłam się, że droga, którą obrałam, jest sensowna. Musiałam jednak odnaleźć balans i ustalić priorytety – umożliwił mi to coaching, w ramach którego zaplanowałam też zadania na kolejne miesiące. Mogłam doszkolić się w wystąpieniach publicznych, dokumentacji i malarstwie temperowym, to wzmocniło moje poczucie profesjonalizmu. Teraz wyraźniej widzę, co mnie czeka w pracy artystki, i czuję, że mam narzędzia, by lepiej poradzić sobie z czekającymi mnie trudnościami. Odkryłam, że wciąż jestem zakochana w tworzeniu i chcę dzielić się tym z innymi.

Podziel się

Facebook | Twitter | Linkedin