ARTYKUŁ: Obcą jestem na tym świecie

Pewnego dnia przyjaciel spytał mnie:

„Gdzie czujesz się jak u siebie?”.

To proste pytanie było tak przytłaczające, że przez chwilę nie umiałam znaleźć na nie odpowiedzi. Od dawna zastanawiam się nad pojęciami przynależności i obcości. Być może socjologowie lub psychologowie potrafiliby wyjaśnić to, przywołując jakąś teorię. Jednak ja postanowiłam opowiedzieć o tym w odniesieniu

do własnych uczuć,

do mojej przeszłości,

teraźniejszości,

a nawet przyszłości.

1. Lata spędzone w Pekinie i moje poszukiwania przynależności

Po raz pierwszy zetknęłam się z pojęciem obcości w momencie opuszczenia miejsca, w którym się urodziłam i wychowałam, kiedy wyjechałam na studia do Pekinu. Właściwie to mogę powiedzieć, że wtedy po raz pierwszy odczułam wyraźnie, że każdy należy do jakiegoś miejsca.

Bywało, że wieczory spędzałam, patrząc w dal z okna mojego pokoju na czternastym piętrze akademika i pogrążając się w marzeniach.Gdy tak patrzyłam na widoczne z naprzeciwka drapacze chmur, ogarniało mnie trudne do opisania uczucie zimna. Marzyłam o tym, aby ukończyć studia, zamieszkać w tym mieście i rozpocząć tu nowe życie, jednak nie mogłam odnaleźć niczego, co by mnie z nim wiązało.

Od czasu do czasu, podczas rozmów z przyjaciółmi, słyszałam zdanie:

„W chwili, gdy przekraczam próg uniwersytetu, czuję się bezpiecznie, jak w domu”.

Po pewnym czasie ja też zaczęłam to odczuwać i uznałam, że to właśnie musi być owo poczucie przynależności.

Po studiach licencjackich kontynuowałam studia magisterskie na tym samym uniwersytecie i na tym samym wydziale. Dla odmiany pokój, w którym mieszkałam podczas magisterki, znajdował się na dziesiątym piętrze. Był położony nieco niżej niż poprzedni, ale widok z okna się nie zmienił. Znów patrzyłam na te same, widoczne z naprzeciwka wieżowce, które budziły we mnie niepokój.

Ponieważ uważałam, że snucie marzeń jest jedną z najbardziej niegroźnych czynności na świecie, od czasu do czasu dawałam się im ponieść. Ale mimo upływu lat nie odnalazłam prawdziwej więzi, która łączyłaby mnie z tym miejscem.

W trakcie swoich pekińskich lat sporo zwiedzałam miasto, oswoiłam wiele jego zakątków. Poznałam wielu ludzi i nawiązałam piękne przyjaźnie. Jednak nie było w tym poczucia przynależności, którego szukałam.

To, że ktoś bardzo dobrze zna dane miejsce lub mieszka w nim od wielu lat, nie czyni go jeszcze jego tutejszym. Jeszcze trudniej jest poczuć się wtedy jak u siebie. Podobne rzeczy słyszałam podczas rozmów z ludźmi mieszkającymi w Pekinie od trzydziestu czy czterdziestu lat.

„Pracowaliśmy tutaj, mamy tu dom, mamy tu pracę. Nawet nasze dzieci tutaj się urodziły i wyrosły, ale nie jesteśmy stąd. Kiedy już przejdziemy na emeryturę, wówczas wrócimy w nasze rodzinne strony, do Turkiestanu Wschodniego (Sincan), i tam będziemy mieszkać”.

Nie przesadzam; wielu wykładowców ujgurskich z naszej uczelni oraz Ujgurów pracujących w innych instytucjach miało domy w Urumczi i wszyscy marzyli o tym, aby po przejściu na emeryturę tam właśnie zamieszkać.

W tamtych latach doszłam sama do pewnego wniosku: otóż żadne inne miejsce poza tym, w którym się urodziło i wychowało, nie daje człowiekowi prawdziwego poczucia przynależności. Człowiek pozostaje przywiązany do miejsca swojego urodzenia, rodziny i otoczenia, które zna. To jest jedyne miejsce, w którym nie czuje się obcy.

Wkrótce jednak życie miało mi pokazać, że ten wniosek nie jest słuszny.

Poszarpana podróż

W lipcu 2009 roku, podczas powrotu na wakacje z Pekinu do Turkiestanu Wschodniego (Sincan), dowiedzieliśmy się o zamieszkach w Urumczi. Kilku moich znajomych wysłało mi wiadomości: „Nie jedź do Urumczi. Wysiądź z pociągu w Turfanie i stamtąd wróć do domu”. Wkrótce potem wyłączono internet i nie mieliśmy pojęcia, co się tam dzieje.

Następnego dnia w południe pociąg dotarł do Turfanu. Wysiedliśmy tam wraz z kilkoma przyjaciółmi i wsiedliśmy do powrotnego autobusu do domu.

Właściwie Turfan leżał bliżej naszego regionu. Jednak podczas każdej przerwy semestralnej najpierw udawałam się do Urumczi, gdzie spędzałam jeden dzień, a dopiero potem wracałam do domu. Tym razem nawet zaplanowaliśmy z przyjaciółmi kilkudniową wycieczkę.

Kiedy wysiedliśmy z pociągu w Turfanie, zauważyliśmy na twarzach ludzi niepokój. Jednak nie będąc w pełni świadomymi bieżących wydarzeń, nie przywiązaliśmy do tego większej wagi.

Autobus wyruszył z Turfanu i kierował się w stronę powiatu Hejing. Po około godzinie zatrzymano nas w miejscu, gdzie znajdowały się duże pojazdy wojskowe i uzbrojone oddziały. Kierowca zebrał od nas telefony i dokumenty tożsamości, a następnie poprosił nas o opuszczenie pojazdu.

Kiedy wyszliśmy, uzbrojeni żołnierze i policjanci ustawili nas w dwóch oddzielnych rzędach – osobno kobiety i mężczyźni. Ponad trzydziestu pasażerów autobusu czekało w palącym upale. Pod naporem słońca trudno nam było otworzyć oczy.

Żołnierze przesłuchiwali wszystkich po kolei, pytając, skąd przyjechaliśmy i dokąd jedziemy. Ja i czworo moich przyjaciół wyjaśniliśmy, że studiujemy w Pekinie i zaledwie godzinę wcześniej wysiedliśmy z pociągu. Kilka osób bez dokumentów zostało wyprowadzonych z autobusu i pozostawionych na miejscu.

My zaś po długich kontrolach mogliśmy kontynuować naszą podróż.

Obrazy, które widziałam tamtego dnia, były zwiastunem zbliżających się mrocznych dni. Wtedy oczywiście nie zdawałam sobie z tego sprawy, po prostu się bałam. Przez całe wakacje nieustannie oglądaliśmy w telewizji wiadomości, które krytycznie opisywały te wydarzenia. Tamte wakacje, tak pełne goryczy i strachu, upłynęły nam przy akompaniamencie oskarżeń płynących z telewizyjnych ekranów i złych wiadomości słyszanych raz po raz na ulicy.

A przecież prawdziwa burza jeszcze się nie rozpętała.

Pekińskie ID

Po wakacjach, aby wrócić do Pekinu, musiałam wsiąść do pociągu w Urumczi. Z regionu, w którym mieszkałam (Hejing), wsiadłam do nocnego autobusu i wczesnym rankiem dotarłam na dworzec autobusowy w Urumczi (Nian Zi Gu). Stamtąd miałam najpierw taksówką pojechać do domu naszych krewnych, aby tam odpocząć przez kilka godzin, a następnie udać się na dworzec kolejowy.

Taksówkę, gdy dotarła do ulicy, przy której znajduje się Międzynarodowy Targ w Urumczi, zatrzymały siły specjalne. Funkcjonariusz w mundurze podszedł do naszego samochodu i powiedział, że przed dziewiątą rano ta ulica jest zamknięta dla ruchu i musimy skorzystać z innej trasy.

Próbowałam wyjaśniać sytuację, gdyż dom mojego krewnego był bardzo blisko. Powiedziałam, że jestem studentką, że podróżowałam przez całą noc i że po kilku godzinach odpoczynku znów wyruszę w długą podróż. Funkcjonariusz poprosił mnie o okazanie dokumentu tożsamości. Po chwili, gdy go przejrzał, spojrzał mi w twarz i powiedział:

„W porządku, masz legitymację pekińską. Możesz przejechać”.

My przejechaliśmy, ale żaden z pojazdów za nami już nie.

Właśnie w tym momencie ogarnęło mnie trudne do opisania uczucie. Kierowca obok mnie, ciesząc się, że wszystko idzie gładko, patrzył z podziwem na mój pekiński dowód tożsamości. Moim zdaniem jednak nie było się z czego cieszyć. Wręcz przeciwnie, była w tym wielka ironia.

Bolało mnie, że tożsamość tych ludzi żyjących na własnym terytorium traci na wartości, podczas gdy tożsamość innego miasta stanowi przywilej. Być może dokument, który trzymałam w dłoni, dał mi pewną przewagę. Być może coś ułatwił mi tego dnia, ale jednocześnie sprawił, że poczułam się obca na rodzimej ziemi. Po raz pierwszy poczułam się obco w miejscu, w którym się urodziłam i wychowałam. Przeżycia z tamego dnia głęboko zraniły moje poczucie przynależności.

Żegnaj, Pekinie

Minęły lata. Stałam się nie tylko częścią tej uczelni, ale niemal mieszkanką Pekinu. Po ukończeniu studiów licencjackich zostałam na tym samym uniwerku, aby uzyskać tytuł magistra. Dziewięć lat…

Łatwo się mówi, ale w ciągu tych dziewięciu lat wydarzyło się naprawdę wiele: historii, przyjaźni, marzeń i zmagań. Jednak tym, co się nie zmieniło, było to, że za każdym razem, gdy przekraczałam bramę kampusu, brałam głęboki oddech i miałam poczucie, jakbym wracała do domu. To poczucie można nazwać przynależnością i towarzyszyło mi przez te dziewięć lat.

Wciąż bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym skończyłam pisać pracę magisterską i załatwiłam formalności związane z ukończeniem studiów.

Wziąłam walizkę i wyszłam przez bramę uniwersytetu.

Zatrzymałam się na chwilę przy zachodniej bramie uczelni i obejrzałam się za siebie. Czułam, jakby to towarzyszące mi przez długie lata poczucie przynależności do tego miejsca stało tam i cichutko machało mi na pożegnanie.

Później, w związku z pracą, jeszcze przez około sześć miesięcy mieszkałam w pobliżu kampusu. Jednak wszystko się już zmieniło. Przy każdym wejściu na kampus czułam się nie, jakbym była częścią tego miejsca, ale jak gość. Jakby miejsce, które niegdyś traktowałam jak dom, powoli stawało się częścią mojej przeszłości.

2. Mój okres w Turcji i utrata poczucia przynależności

W październiku 2016 roku przyjechałam do Ankary z wielkimi marzeniami.

Moim domem tam stał się położony z dala od centrum miasta kampus Beytepe Uniwersytetu Hacettepe.

Kiedy już myślałam, że oto w moim nowym domu przeżyję najpiękniejsze dni swojego życia, nagle wszystko odmieniły złe wieści od rodziny. Dowiedziałam się, że moja mama, tata i starszy brat zostali zabrani do obozu dla internowanych. Tego dnia moje życie wywróciło się do góry nogami. Musiałam jednak podtrzymać iskrę nadziei i dalej żyć. Nie zamierzałam rezygnować ani ze studiów, ani ze swojego życia.

Nie mogłam przedłużyć pozwolenia na pobyt w Turcji, ponieważ wygasła mi wiza. Przez pewien czas nie miałam żadnego oficjalnego rządowego dokumentu, który potwierdzałby, kim jestem i skąd pochodzę. W tamtych czasach moim jedynym ważnym dokumentem tożsamości była legitymacja studencka.

Czasami policja przeprowadzała na ulicach kontrole dokumentów. W takich momentach moja legitymacja studencka służyła mi za jedyne zabezpieczenie.

Zawsze musiałam wyjaśniać, dlaczego nie mam żadnego innego oficjalnego dokumentu. Nigdy jednak na tę sytuację nie narzekałam, ponieważ policjanci, z którymi miałam do czynienia, w większości zachowywali się po ludzku i mieli dobre intencje. Czasami wystarczało kilka miłych słów, dobrych życzeń, by złagodzić ten ból ściskający mi gardło.

Przez pierwsze trzy lata mieszkałam w akademiku na terenie kampusu. Później wynajęłam coś na mieście. Jednak żadne z tych mieszkań nie wydawało mi się prawdziwym domem. Jedynym miejscem, w którym czułam się bezpiecznie i spokojnie, był kampus uniwersytecki. Za każdym razem, gdy przekraczałam jego bramę, czułam, jakby spadał ze mnie niewidzialny ciężar.

Często mówiłam do moich przyjaciół i wykładowców:

„Wierzę, że kiedy przekroczę próg uniwersytetu, nic mi się nie stanie”.

Być może te słowa brzmią zbyt emocjonalnie. Ale za nimi kryły się nie tylko emocje. To uczucie podsycały również presja polityczna i niepewność, których wówczas doświadczałam.

Od czasu do czasu słyszeliśmy, że niektórzy Ujgurzy mieszkający w Turcji są zabierani ze swoich domów o północy i przewożeni do ośrodków deportacyjnych. Wiedziałam, że i mnie to grozi ze względu na moje zaangażowanie w walkę o prawa człowieka.

A nawet otrzymałam wyraźne ostrzeżenia, abym jej zaprzestała. Urzędnik, który uważnie śledził nasze działania na rzecz pokoju, zapowiedział, że legitymacja studencka zapewnia mi tylko tymczasową ochronę przed problemami, które mogą mnie spotkać, jeśli będę dalej działać.

Być może właśnie dlatego jeszcze bardziej przywiązałam się do uczelni. Ale nie tylko poczucie bezpieczeństwa mnie tam trzymało. Było wiele innych pięknych rzeczy, które pogłębiały moje poczucie przynależności.

  • To, czego się tam nauczyłam…
  • Moi wykładowcy…
  • Moje przyjaźnie…
  • Doświadczenia z okresu , gdy dawałam lekcje ujgurskiego.
  • I moi studenci…
  • Kampus w harmonii z naturą…
  • Niezliczone psy, z których każdy z osobna był radością uniwersytetu…

A wśród nich oczywiście ta, którą kochałam najbardziej, nasza sunia Şanslı (Farciara), z którą łączyła mnie wieloletnia przyjaźń. (Niestety, Farciara, wspólne szczęście społeczności Hacettepe, zmarła na raka we wrześniu 2024 roku. Przez wiele dni towarzyszył mi smutek z tego powodu.)

Nasze koty, jelenie i wiele innych pięknych wspomnień, których nie sposób tutaj wymienić… Wszystko to z czasem sprawiło, że przywiązałam się do tego miejsca. Tak bardzo kochałam moją uczelnię, że marzyłam o tym, aby po ukończeniu studiów kontynuować tam karierę akademicką.

Jednak życie nie zawsze toczy się zgodnie z naszymi marzeniami.

Latem 2023 roku obroniłam pracę dyplomową i ukończyłam studia. Po dopełnieniu formalności związanych z ukończeniem studiów otrzymałam dokument potwierdzający, że mój związek z uczelnią się zakończył.

Taki niewielki kawałek papieru. Ale to, co we mnie wywołał, było przeogromne. Jakby pękła ostatnia nić łącząca mnie z tym miejscem.

Tego dnia pomyślałam sobie:

„Chyba już nie zdołam zbudować prawdziwej więzi z jakimklowiek miejscem na świecie”.

Po ukończeniu studiów, aż do momentu opuszczenia Turcji we wrześniu 2024 roku, żyłam w ogromnej pustce. Nie byłam w stanie ani tam zostać, ani wyjechać.

A przecież przez osiem lat spędzonych w Turcji nawiązałam wiele pięknych przyjaźni. Gdziekolwiek bym się nie udała w tym kraju, zawsze znajdowały się drzwi, które się przede mną otwierały, i ludzie, którzy witali mnie z miłością. Jednak ja szukałam nie tylko otwartych drzwi, ale konkretu, który wiązałby mnie z tym miejscem.

Być może mogło to być obywatelstwo. Starałam się o nie, ale nie udało się.

3. Wygnanie, tęsknota za rodziną i wyobcowanie ze świata

Kiedy we wrześniu 2024 roku przyjechałam do Warszawy, nie wiedziałam, czy będzie to dla mnie pobyt tymczasowy, czy stały.

W ciągu ostatnich dwóch lat zwiedziłam kilka krajów europejskich. Odwiedziłam wielu przyjaciół. Kiedy im się przyglądałam, wydawało mi się, że w krajach, w których mieszkają, zdołali zapuścić korzenie.

Kiedy patrzyłam na ich dzieci, zauważałam, że w ogóle nie zastanawiają się nad kwestią przynależności. Interesowały się jedynie krewnymi z odległych ojczyzn, o których opowiadali im rodzice.

Pewnego dnia zadałam to pytanie moim uczniom (w internetowej szkole języka ojczystego dla Ujgurów): „Co was łączy z Turkiestanem Wschodnim?”.

Odpowiedzi były niemal identyczne: „Nasi krewni, którzy tam zostali”.

Potem zadałam to samo pytanie sobie: co mnie wiązało z tamtym miejscem?

Właściwie – wiele kwestii. Byłam z tym miejscem związana na wskroś. Bo to tam się urodziłam i tam dorastałam. To była ziemia, na której mieszkali moja mama, tata, rodzeństwo i krewni. Wszystkie wspomnienia z mojego życia, od dnia narodzin aż do rozpoczęcia studiów, były związane z tamtym miejscem.

Kiedyś moja ojczyzna była miejscem, które wydawało mi się znajome – od ludzi, przez zwierzęta, aż po całą przyrodę. Była to ziemia, na której spoczywają w wiecznym śnie moi babcia i dziadek, którzy od dnia, w którym wyjechałam na studia, podczas każdych ferii letnich i zimowych z niecierpliwością czekali na mój powrót do domu. Jednakże oni odeszli z tego świata, nie doczekawszy tego dnia, w którym po ukończeniu studiów do nich powrócę.

Dlaczego więc od lat szukałam poczucia przynależności gdzie indziej?

Odpowiedź, której teraz udzielę, jest zarówno bardzo bolesna, jak i szczerze prawdziwa.

Noc odjazdu

We wrześniu 2016 roku wyjechałam z domu, aby pojechać do Turcji. Aby zdążyć na samolot, musiałam żegnać się z rodziną w ciemnościach nocy i wyruszyć w drogę.

O tej porze cała okolica spała. Sąsiedzi i krewni wiedzieli, że wyjeżdżam, ale z nikim nie pożegnałam się z osobna.

Zanim wyszłam z domu, mocno przytuliłam moją obecnie już nieżyjącą babcię. Skąd mogłam wiedzieć, że to nasze ostatnie pożegnanie…

Wychodząc przez drzwi, obejrzałam się i spojrzałam na nią po raz ostatni. Zauważyłam, że jej uniesione w modlitwie ręce lekko drżały. Jej stare oczy były widoczne nawet w ciemności. Zabrakło mi odwagi, aby spojrzeć raz jeszcze.

Potem przytuliłam się do mamy. Wtuliłam się w nią najmocniej i pocałowałam w policzki.

Mocno przytuliłam się do taty i rodzeństwa. Tata pogłaskał mnie po głowie drżącymi rękami. Powiedział, że przed długą podróżą nie wolno mi płakać, bo to przynosi pecha.

Ale kiedy to mówił, jego głos też drżał.

Po raz ostatni przytuliłam mojego sześciomiesięcznego bratanka. Wdychałam zapach niemowlęcia. On natomiast, nieświadomy tego, co się dzieje, spał słodkim snem.

Nie byłam w stanie się rozstać z tym wszystkim, co zostawiałam za sobą. Przez chwilę wahałam się – pozostać, czy jechać?

Potem próbowałam sama się jakoś pocieszyć. W końcu za kilka miesięcy wrócę na ferie zimowe. A jeśli nie, to przyjadę latem.

„To rozstanie nie potrwa długo”, myśląc tak, ocierałam łzy. Kiedy wsiadłam do samochodu, przez głowę przemknęło mi jednak pytanie – czy gdybym usłyszała od kogoś z rodziny: „Zostań, nie odchodź”, to czy bym została?

Myślę, że nawet wtedy bym pojechała. Bo oni też znali moje marzenia. Nawet gdyby im nie sprzyjali, nie powiedzieliby mi tego. Przez całe życie byli moim największym wsparciem. Zawsze stali za mną murem.

Zatarte mapy, stracone lata

Od tamtej nocy minęło już dokładnie dziesięć lat. Pewnego dnia mój przyjaciel powiedział do mnie:

„Jeśli chcesz zachować żywe wspomnienia z przeszłości, zamknij oczy i spróbuj na nowo w myślach narysować dom, dzielnicę i ulice swojego dzieciństwa. Przywołaj w pamięci znajome twarze”.

Wiele razy próbowałam to zrobić. Ale minęło już całe dziesięć lat. Ulice, które kiedyś, zamknąwszy oczy, potrafiłam przywołać w najdrobniejszych szczegółach, teraz powoli znikały we mgle. Pamiętam niektóre twarze, ale zapominam ich głosy. Pamiętam niektóre domy, ale nie potrafię sobie przypomnieć, na rogu której ulicy się znajdowały.

Czasami próbuję w myślach odtworzyć mapę dzielnicy, w której spędziłam dzieciństwo. Dochodzę do początku jednej ulicy, ale nie jestem w stanie iść dalej. Każdy szczegół, który zanika w mojej pamięci, wydaje mi się jakby kolejnym zerwaniem nici łączącej mnie z przeszłością.

Czas oddala od nas nie tylko ludzi, ale i wspomnienia. Czasami się tego boję. A teraz wydaje mi się nawet, że zaraz zapomnę drogę do domu.

W ciągu tych lat wiele się zmieniło. Doświadczyliśmy wielu strat. Jednak ani przez jeden dzień nie zapomniałam o tym, co za sobą pozostawiłam. Czasami tęsknota jest tak ciężka, że trudno mi oddychać. W głębi serca czuję fizyczny ból. Właśnie wtedy przytulam się do starych zdjęć. Godzinami zagłębiam się w albumy.

Zauważam jednak, że wszystkie moje wspomnienia pochodzą z okresu przed rokiem 2016. One łączą mnie z tą ziemią.

Od czasu do czasu w mediach społecznościowych pojawiają się zdjęcia z Wschodniego Turkiestanu.

Widzę znajome twarze. Znajome ulice… Znane krajobrazy… Ale jednocześnie odczuwam ogromną obcość. Przez ostatnie lata staram się uważnie śledzić tamtejsze życie. Zmieniło się życie ludzi, zmieniły się ich nawyki, zmieniła się codzienność. Czasami próbuję wyobrazić sobie siebie w tych obrazach, ale nie potrafię się w nich odnaleźć.

Ponieważ życie, za którym tęsknię, już tam nie istnieje. To, za czym tęsknię, to czas, który żyje w mojej pamięci.

Na przykład mój bratanek, który miał sześć miesięcy, kiedy wyjechałam z domu, ma dziś dziewięć lat. Nie widziałam jego pierwszych kroków. Nie słyszałam jego pierwszych słów. Nie przeżyłam dnia, w którym poszedł do szkoły. Mój młodszy brat się ożenił i został ojcem. Na świat przyszło trojga moich bratanków. Ale ani oni mnie nie znają, ani ja ich nie widziałam. Nie znam nawet imion tych dzieci.

Moi bracia podorastali i założyli własne rodziny. Moja młodsza siostra skończyła szkołę i rozpoczęła życie zawodowe, stała się dojrzałą młodą kobietą. Nie mogłam być dla nich starszą siostrą; nie mogłam być ani oparciem w najtrudniejszych chwilach, ani być przy nich w ich najszczęśliwszych momentach. Mama i tata pewnie się już zestarzeli. Włosy im pewnie posiwiały, a ramiona nieco się przygarbiły. Ale ja tego nie widzę.

Właśnie dlatego czasami mówię sobie:

„Jestem już obca we własnym domu”.

Zakończenie: Stawanie się obywatelką świata

Wszystko, za czym tęsknię, należy do przeszłości sprzed dziesięciu lat. W żadnym zakątku ostatnich dziesięciu lat nie ma mojego śladu. Moje poczucie przynależności wciąż związane jest z przeszłością. Ale przeszłość jest już tak odległa, że nie powróci. Dlatego dzisiaj nigdzie nie czuję się w pełni u siebie. Czasami czuję się jak wyrwana z korzeniami roślina.

Kiedy spoglądam w przeszłość, widzę życie, które wydaje mi się teraz bardzo odległe. Kiedy patrzę na teraźniejszość, trudno mi znaleźć w niej ślad siebie. A przyszłość zaś stanowi ogromną niepewność… Nie przesadzam; mam trudności nawet z tworzeniem długoterminowych planów dotyczących przyszłości. Ponieważ żyję w świecie, który może się zmienić w każdej chwili.

Być może te słowa mogą wydawać się pesymistyczne. Ale tak naprawdę szukam w tej ciemności światła.

Zastanawianie się, gdzie jest nasze miejsce, to w kręgach imigrantów chyba jedna z najczęściej poruszanych kwestii. Zauważyłam to zarówno w mojej własnej społeczności, jak i w innych diasporach. Wszyscy wiemy, że przynależymy do jakiegoś miejsca. Każdy z nas ma dom, ojczyznę i przeszłość, które zostawił za sobą.

Jednak z upływem lat to poczucie przynależności się zmienia. Z jednej strony staramy się dostosować do miejsc, w których żyjemy, i budować nowe życia. Z drugiej strony niewidzialna więź nieustannie przyciąga nas do miejsc, które zostawiliśmy za sobą. To właśnie ta więź nie pozwala nam ani całkowicie zerwać z przeszłością, ani w pełni przywiązać się do naszego nowego życia.

Być może właśnie to jest to, co nazywamy przynależnością.

Niedawno przeczytałam książkę o życiu chwilą. Po przeczytaniu książki zadałam sobie pytanie:

„Co zyskuję, trzymając się kurczowo przeszłości, nieustannie kwestionując teraźniejszość lub tonąc w obawach o niepewną przyszłość?”.

To pytanie głęboko mną wstrząsnęło. Od lat zastanawiam się, gdzie mogę znaleźć poczucie przynależności.

Ale szukanie tej odpowiedzi nie odmieniało mojego życia.

Tak, jeszcze dziesięć lat temu miałam życie, które choć nie było idealne, to jednak było piękne. Potem było ciężko. Wiele straciłam. Bardzo tęskniłam. Długo czekałam. Ale pomimo tego wszystkiego jestem. Wciąż staram się stać prosto na nogach.

 Być może pewnego dnia zmieni się dowód tożsamości, który noszę przy sobie. Być może zwiążę się z jakimś krajem więzami obywatelstwa. Być może moje życie nabierze bardziej stabilnego charakteru. Ale nie jestem pewna, czy uda mi się ponownie odnaleźć to głębokie poczucie przynależności, którego szukam.

Gdzieś przeczytałam takie zdanie:

„Moje ciało nie zmieściło się w miejscu, gdzie się urodziłam, a moja dusza w miejscu, gdzie żyję”.

To mnie głęboko poruszyło. Gdybym miała opisać swoje życie w jednym zdaniu, nie znalazłbym chyba lepszego.

Po latach rozumiem, że na niektóre pytania nie ma odpowiedzi; człowiek po prostu uczy się z nimi żyć.

Być może powinnam już zrezygnować ze starania się, żeby poczuć przynależność do jednego konkretnego miejsca.

Może od teraz powinnam nauczyć się być obywatelką świata. Bo po latach podejmowania prób zbudowania więzi z jakimś miejscem człowiek rozumie, że tym, czego szukał, nie jest kraj, miasto czy obszar geograficzny, ale spokój, który sam w sobie nosi. Dlatego powoli uwalniam się od pytań, które od dawna zaprzątały mi głowę. Być może nie znalazłam wszystkich odpowiedzi. Wciąż brakuje pewnych elementów układanki. Ale teraz mogę już z pogodą ducha powiedzieć:

 Na tym świecie to ja jestem obca i chyba uczę się z tym żyć.